I Marsz Hardkora - relacja z akcji

O idei harcerskiej, naszych zasadach, Prawie...
Zablokowany
Folko
Nowicjusz
Posty: 30
Rejestracja: 17 cze 2009, 21:35
Lokalizacja: 66 Drużyna Harcerska
Hufiec:
Chorągiew:
Kontakt:

Post autor: Folko » 07 lip 2011, 15:14

Druhny i Druhowie!

Piszę na forum, by z jednej strony pochwalić się, a z drugiej zaprosić na kolejną edycję naszej akcji. Nie wiem, czy uderzam do dobrego działu forum - niemniej zapraszam do lektury.

od 1 do 6 lipca moja drużyna realizowała eksperymentalne (przynajmniej w naszym środowisku) przedsięwzięcie. Nazwaliśmy je "Marszem Hardkora". Poniżej znajdziecie moją z niego relację.

Kolejna edycja już za rok. Tym razem chcielibyśmy zaprosić patrole z całej Polski. Nie liczy się wiek. Liczy się motywacja, umiejętności (przygotowywaliśmy się do tego przez szereg zbiórek w roku), samozaparcie i wiedza.
Jest to luźna impreza. Nie obwarowana wieloma warunkami. Liczy się przygoda, chęć bycia razem - i tak naprawdę to tyle...
Jeśli ktoś chciałby spróbować swoich sił w marszu w Bieszczady, zapraszam do kontaktu!

Relacja z edycji pierwszej:

Galeria zdjęć z wyprawy: https://picasaweb.google.com/grzegorz.p ... szHardkora

Cele:
- Udowodnienie samym sobie, że niezależnie od okoliczności zgrana grupa przyjaciół, harcerzy potrafi dać sobie radę.
- Udowodnienie wszystkim, którzy twierdzą, że harcerstwo sprowadza się do pląsów i "nie jest już tym co kiedyś" jak bardzo się mylą :)
- Nauka samodzielności, zasad sztuki przetrwania w praktyce.
- Poznanie świata, doświadczenie życia, dobroci obcych ludzi. Przekonanie się, że telewizyjne serwisy informacyjne pełne informacji o strasznych rzeczach to ciągle tylko "wypadki", a świat ogólnie jest pozytywny.
- Pokazanie ludziom, że harcerze ciągle działają!

66 Harcerska Drużyna Obronna, Hufca Ziemi Rzeszowskiej, Chorągwi Podkarpackiej prezentuje:

Wstęp:


Około roku temu wśród harcerzy 66HDO pojawił się pomysł, by zrobić coś naprawdę nietypowego. Nie wiem tak dokładnie kto wyskoczył właśnie z TYM, ale ostatecznie na TYM stanęło:
Zalew Soliński. Pieszo.
Odległość drogami to około 120km. Pieszo w linii w miarę prostej - 95. Niewiele?
Drugim założeniem było to, że idziemy sami. Bez baz po drodze, bez namiotów czy zapasów żywności. Śpimy w tym, co zbudujemy sami lub tam gdzie zostaniemy ugoszczeni, jemy to co zarobimy, znajdziemy lub dostaniemy - w ostateczności - kupimy.

Założenie wcale ambitne zwłaszcza, że nie wprowadziliśmy ograniczeń wiekowych. Iść mógł każdy kto dał radę na marszu kwalifikacyjnym - 25km. Ostatecznie na wyprawę ruszyło 6 osób:

Drużynowy (to ja) - Folko - lat 27.
Przyboczny - Generał - 14 lat.
Zastępowy - Kiwi - 16 lat.
Zastępowy - Adi - 12 lat.
Szeregowy - Rafał - 14 lat.
Szeregowy - Wafer - 12 lat (miał urodziny dzień przed wymarszem :) )

Każdy miał zabrać tylko lekki plecak. 6 zmian bielizny, podstawowe wyposażenie (zapałki, nóż, manierka itp), karimata, śpiwór i... tyle. Ci, którzy na "wszelki wypadek" wzieli więcej słono płacili za to później ;)
Na sobie - mundury. Harcerskie dla pionu harcerskiego, a dla starszych - polowe WP. Tak by ludzie widzieli, że idą harcerze, a nie grupa turystów.
Wyruszyliśmy 1 lipca, o 8 rano.

1 lipca:

Przed nami ciągle cała trasa. Pogoda już od dawna pochmurna i deszczowa. Prognozy też nie zachęcają. Mimo to, wyruszamy. Jeśli nie teraz to kiedy? W najgorszym wypadku zawrócimy, choć wszyscy mamy nadzieję, że do tego nie dojdzie.
Idziemy na mapę i kompas. Na początku nie jest trudno. Przed nami polne drogi, jednak już po godzinie kończą się - i przedzieramy się przez trawy wysokie po pas. Niedobrze, bo wilgoć moczy spodnie i przenika do butów. I tak przez kolejne półtorej godziny. Tempo - co najmniej mizerne. Ostatecznie jednak znajdujemy polną drogę, która wiedzie nas na południowy wschód. Trzymamy się jej przez kilka kilometrów, regularnie robiąc postoje: dwójki (bez siadania), piątki - z siadaniem, dychy - "zdejmujemy plecaki", lub dłuższe, gdy za pomocą kochera (przyszedł tuż przed wymarszem ze składnicy Skaut. Postarali się z wysyłką gdy napisałem, że bardzo nam zależy. Bardzo dziękujemy!) - przygotowujemy gorącą herbatę.

Regularnie zajadamy kanapki zabrane z domu. Mamy ich multum, bo zakładaliśmy własny prowiant pierwszego dnia. Polne drogi ciągną się w nieskończoność. Tracimy godzinę na poszukiwanie przeprawy przez strumień. Potem półtorej na znalezienie zagubionej po drodze apteczki. Zmierzcha się już, gdy znajdujemy miejsce, w którym zastanie nas noc.
Robi się nieciekawie. Dookoła szaro, a my mamy tylko kilka kupionych wcześniej ziemniaków i trochę kiełbasy na ognisko.
Rozchodzimy się dookoła. Wafer i Rafał zbierają drewno na opał. Ja z Adim przy pomocy saperek oczyszczamy miejsce na ognisko, później budujemy wzorcową "studnię" ;) Generał i Kiwi budują szałas. Ma pomieścić sześć osób.
Kończymy akurat na czas. Zapada nieprzenikniona ciemność, kiedy obok gotowego szałasu odpalamy ognisko. Pełne zachmurzenie, żadnych źródeł światła dookoła. Tylko płomienie rozjaśniają ciemności. Gotujemy herbatę, smażymy ziemniaki, przegryzamy kanapkami...
Po godzinie, gdy kończy się zgromadzony opał - kładziemy się spać. Najwyższy czas - robi się lodowato. Szałas przerażająco ciasny, ale daje się wytrzymać...

2 lipca:
Budzi nas słońce - jest 7 rano... Nie ma bata nie wstajemy ;)
Ponowna pobudka, już o 9:30. "otwieramy szałas" spychając jego ściany na boki. Służył nam dobrze w nocy. Kije z jego szkieletu posłużą niektórym z nas jako laski skautowe, i oddadzą później nieocenione przysługi. Dojadamy resztki kanapek. Generał przegryza zimne ziemniaki.
Przebieramy się w czystą zmianę bielizny, nakładając przy okazji opatrunki gdzie trzeba i po jakimś czasie jesteśmy gotowi do wymarszu. Dziura po ognisku tym razem służy do złożenia w niej śmieci, które powstały podczas naszego pobytu. Całość zakopujemy i przykrywamy wyciętą wcześniej darnią.
Ruszamy dalej, kierunek: południowy wschód.
Polna droga kończy się po kilkuset metrach. Przed nami morze pokrzyw. Rozgarniamy je laskami skautowymi i brniemy naprzód. Musimy iść pod górę, więc jest to spory wysiłek. Wkrótce kończą się zapasy wody w manierkach, na szczęście akurat wtedy gdy trafiamy na szlak, którego szukaliśmy. Podążamy nim dalej.
Po kilometrze czy dwóch - leśniczówka!
Zaglądamy do niej prosząc o napełnienie manierek, i nie spotykamy się z odmową. W pełni zaopatrzeni, z wysokim morale, ruszamy dalej. I wtedy zaczyna padać.
Oberwanie chmury, pływamy nawet w naszych ciężkich wojskowych butach. Zatrzymujemy się na przystanku, a ja biegnę do pobliskiego domu pytając czy mieszkańcy pozwolą schronić się nam przed deszczem. Oczywiście, że pozwalają. Dostajemy też gorącej miętowej herbaty. Rozgrzani, choć ciągle mokrzy po godzinie ruszamy dalej.
Tego dnia docieramy do Dynowa. Obiad jemy w przydrożnej tawernie. Konieczność, zważywszy stopień naszego przemoknięcia. Gorący posiłek stawia wszystkich na nogi. Za Dynowem, nocleg. Stodoła, siano. Jest super wygodnie. Skoki i salta też wychodzą lepiej. Gramy w "Mafię" przed zaśnięciem...

3 lipca:
Opuszczamy Dynów. Droga niebieskim szlakiem z początku wiedzie pod stromą górkę, jednak później jest szybka i wygodna. Nadrabiamy czas stracony podczas wczorajszego deszczu. Pół dnia marszu uprzyjemnianego żuciem mięty i melisy, grami fabularnymi, układaniem historii itp. Dłuższy postój na herbatę. Po nim - maszerujemy znowu. Skręcamy z niebieskiego szlaku w polną drogę. Niestety - wbrew mapie - kończy się ona znienacka. Wracać i stracić kilka kilometrów, czy przedzierać się dalej? Wybieramy to drugie. Tempo marszu spada drastycznie. Do tego zaczyna padać. Wkrótce trawy sięgają ponad głowę nawet mi - mają powyżej dwóch metrów. Każdy krok to walka. Idziemy tylko na kompas, brak jakiejkolwiek widoczności. Zdesperowani skręcamy w wąwóz, którym w dole płynie strumień. Częściowo schodzimy a częściowo zjeżdżamy po jego stromych ścianach. W dole bagno, ślady niedźwiedzia, wilgoć. Morale spada na łeb na szyję. Wafer ratuje sytuację twierdząc, że o to właśnie chodzi, bo przecież to marsz hardkora. Mimo to jest ciężko. Gdzieś z tyłu głośno krzyczy Adi - oberwał gałęzią, krwawiąca rana na szyi zostawi ślady jak po próbie zabójstwa. I wtedy przed nami otwiera się łagodne podejście na inną polną drogę, wiodącą prosto na asfaltówkę. Nie bardzo wiemy, na którym właśnie odcinku drogi jesteśmy, zatrzymujemy więc przejeżdżające auto i zdobywamy potrzebne informacje. W strugach deszczu ruszamy dalej.
Szykuje się kolejny dzień, w którym za zimno będzie na zarobienie jedzenia, znajdujemy jednak wiejski sklep. Jest niedziela, 19:00, oczywiście nieczynny. Pukamy do domu właściciela - i sklep zostaje otwarty. Kupujemy prowiant na dzisiejszą kolację i jutrzejsze śniadanie. Po 20 minutach ruszamy dalej. Nagle - niespodzianka. Z pobliskiego domku ktoś nas nawołuje i oferuje gorącą herbatę. Przecież pada, i zimno i jakże to tak...
Po usłyszeniu naszych planów zaoferowany zostaje nocleg. Przygotowujemy naszą kolację jednak gospodarze twierdzą, że to stanowczo za mało. Organizują dla nas grilla. Zajadamy się kiełbaskami, kawałkami karkówki, popijamy sokiem. Jest nam ciepło i przyjemnie. Układamy się spać w jednym z pokojów na podłodze, tylko Adi i Wafer razem - na łóżku. Domek niewielki, ma tylko dwa pokoje, i w tym śpią też z nami gospodarze. W sumie jest nas tu 9 osób. Im więcej - tym cieplej. Dzięki temu mokre buty i mundury następnego dnia są już tylko wilgotne.

4 lipca:
Wychodzimy o 10, napojeni jeszcze gorącą herbatą. Świeci słońce. Mimo, że czasami znika za chmurami to chyba pierwszy raz w czasie naszej wędrówki, kiedy je widzimy. Po godzinie, przy drodze zjadamy śniadanie. Maszerujemy polną drogą przy świetnej pogodzie.
W międzyczasie gramy w "łańcuchy pokarmowe". Stąd wiemy, że harcerze powinni być wrogami jastrzębi. Dlaczego? Bo pszenica jest zjadana przez myszy, myszy przez jastrzębie, ale jastrzębi nic nie zjada... Tak więc są niezniszczalne i za tydzień zawładną światem. By uratować świat - musimy stać się ich naturalnymi wrogami. Proste?
Po kilku godzinach marszu docieramy do Sanu.
Czas na kąpiel. Trzech z nas myje się w rzece, podczas gdy pozostała trójka pilnuje rzeczy. Potem zmiana. Niestety tracimy tu za dużo czasu i mimo, że czyści i odświeżeni, stajemy przed perspektywą zapadnięcia zmroku przed dotarciem do wyznaczonego celu dziennego. W dodatku nasze fundusze stopniały do 10zł. Maszerujemy szybciej.
Potem szybkie zakupy w sklepie. Pani sklepowa obniża nieco ceny. Dorzuca też gratis rogaliki. Dzięki temu mamy zapas jedzenia. W następnej miejscowości harcerze rozchodzą się po domach, proponując wykonanie różnych prac porządkowych w zamian za jedzenie. Wracają z zapasem kilkudziesięciu jajek i połową bochenka chleba.
Niestety - znowu pada. Znowu jest mokro i nieprzyjemnie. Około 14 ktoś krzyczy - "Hej harcerze! Zaczekajcie!". Od pań z mijanego domu dostajemy reklamówkę pełną kapuśniaczków, proziaków i innych. Połowę zjadamy od razu.
Powoli opuszczamy teren zabudowany zmierzając w kierunku lasu. Ostatni postój - na przystanku. Z powodu pogody, desperacka próba.
Pytam w sklepie, przy którym stoi przystanek czy gdzie mieszka ktoś z Ochotniczej Straży Pożarnej. Remiza jest tuż obok. Strażak akurat robił zakupy. Mamy fart :) . Po zapoznaniu się z sytuacją dzwoni do sołtysowej. Ta pojawia się po 15 minutach z kluczami do remizy i naręczem drewna.
Strażacka świetlica, wraz z opalanym drewnem piecem kuchennym jest do naszej dyspozycji.
Palimy w piecu. Mokre mundury i buty suszą się szybko. Przygotowujemy też kolację. Zupa z proszku, ze świeżymi ziemniakami i marchewką, gotowana w menażkach. Mi smakowało ;).
Potem - spać.

5 lipca:
Sprzątamy świetlicę strażacką by zostawić ją taką, jaką ją zastaliśmy. Przedtem gotujemy śniadanie. Jajecznica i multum kanapek.
Jajecznica i część kanapek kończy w brzuchach, reszta - zapakowana, wędruje do plecaków. Wyruszamy.
Przez pogodę sypnął nam się plan, do tej pory powinniśmy już być u celu, staramy się więc nadrobić.
Narzucamy sobie bardzo szybkie tempo. Przerwy częste, ale krótkie. Głównie "piątki". Na przemian świeci słońce i pada deszcz. Gramy głównie w gry fabularne. W efekcie Tajwan przerwał Chińską blokadę portów, zaś Rosja stała się protektoratem Unii Europejskiej. Tak - nasze gry fabularne są polityczno wojenne - jesteśmy dziwni? :) Potem gramy w marszową wersję "Państw-Miast", tak by i Wafer mógł się zaangażować. Nie jest on mocny w Role-Playach.
Cel dzienny - Myczkowce, ośrodek Caritas. W międzyczasie Adi zgłasza poważne obtarcia stóp. Blisko godzinna przerwa zostaje zużyta na ich opatrzenie. idziemy dalej. Podpierając się laskami skautowymi nadajemy takie tempo jakie tylko się da. Zapada zmrok.
Zapada ciemność, oberwanie chmury. Pada jak nigdy. Śpiewamy w marszu by skupić na czymś myśli. W końcu docieramy. Mamy dach nad głową. Osobne łóżko dla (prawie) każdego. Ksiądz przynosi nam do pokoju dwa bochenki chleba, margarynę, dżemy. Gorące prysznice także ułatwiają pobyt.
W nocy - nie pada. Trójka z nas nakłada farby maskujące na twarz i wyrusza w kierunku pobliskiej bazy harcerskiej na polowanie na flagi. Trzy kilometry marszu, któremu kres kładzie wezbrany na skutek ulewnych deszczy potok. Decyduję (z żalem), że odpuszczamy. Znowu zaczyna padać. Kolejna nawałnica sprawia, że nie ma na nas suchej nitki. Marzniemy. Gdy wracamy do bazy - już świta. Bez sił kładziemy się do łóżek...

6 lipca:
Już niedaleko. Ale to najgorszy dzień. Woda leje się z nieba non stop. Ulice zamieniły się w strumienie. Jest bardzo zimno. Wychodzimy z Myczkowiec po 13. Odsypialiśmy nocne wyjście. Część z nas utyka. Pęcherze i otarcia dają o sobie znać w podwójnie w ciężkich mokrych butach. Podpieramy się laskami skautowymi i brniemy przed siebie zaciskając zęby. Krótki, dziesięciokilometrowy odcinek zabiera nam w ten sposób aż trzy i pół godziny. Po drodze tylko 2 krótkie postoje. Lepszy ból nóg i barków niż zimno. Ciągle pada. Jestem bliski wydania polecenia by skorzystać z racji awaryjnej - glukozy. Docieramy jednak na zaporę. Możemy zostać lub wrócić do domu. Z braku perspektyw na poprawę pogody - wracamy. Z żagli - nici. Półtorej godziny przeznaczamy na zwiedzanie sklepów, szukanie ciekawostek i wykonanie pamiątkowego zdjęcia. W kierunku Rzeszowa odjeżdżamy o 18...
This world is made of LOVE & PEACE : VtS
66 Harcerska Drużyna Obronna "KaTet"
im. gen. Roberta Baden Powella

www.katet.pl

Jake
Użytkownik
Posty: 59
Rejestracja: 25 cze 2010, 23:04
Lokalizacja: Referat Ratowniczy
Hufiec:
Chorągiew:

Post autor: Jake » 07 lip 2011, 22:14

Mmmm, jednego ochotnika ze Stalowej Woli juz macie :D

Folko
Nowicjusz
Posty: 30
Rejestracja: 17 cze 2009, 21:35
Lokalizacja: 66 Drużyna Harcerska
Hufiec:
Chorągiew:
Kontakt:

Post autor: Folko » 08 lip 2011, 08:54

Prosilibyśmy raczej o zgłoszenia całych patroli - 4 do 8 osób :P W mojej drużynie o przyszłoroczne miejsca będzie zażarta walka :)
This world is made of LOVE & PEACE : VtS
66 Harcerska Drużyna Obronna "KaTet"
im. gen. Roberta Baden Powella

www.katet.pl

Duncan McLain
Użytkownik
Posty: 115
Rejestracja: 04 wrz 2006, 12:21
Hufiec:
Chorągiew:

Post autor: Duncan McLain » 03 sie 2011, 17:00

Jak na wiek uczestników, to trzeba przyznać, że marsz był wyczynem.
Moje gratulacje.

Kilka razy w roku robimy wewnętrzny marsz na 50km w czasie do 12 godzin.
Mój mail:
unkas56(małpka)o2.pl

Możemy się podzielić doświadczeniami z niego, jak chcesz a nawet mógłbyś wziąć udział.
Z góry uprzedzam - jest to impreza wewnętrzna, zamknięta i nieharcerska (w chwili obecnej działamy jako GRH)

Pozdrawiam i gratuluję.
Dunn
"...Ale kiedy Ojczyzna do synów swych o pomoc zawoła,to znajdzie ich do walki dobrze przygotowanych"
/Andrzej Małkowski/

radecki68
Nowicjusz
Posty: 1
Rejestracja: 06 cze 2010, 18:26
Hufiec:
Chorągiew:

Post autor: radecki68 » 15 sie 2011, 13:40

Gratuluję! Świetna wyprawa, niezła relacja. Fotki proszą się o podpisy :)
=========================
Radecki68, ZHP Gdynia
Idziemy w jasną, z błękitu utkaną dal...
=========================

Orli Galaz
Nowicjusz
Posty: 43
Rejestracja: 27 wrz 2007, 17:52
Lokalizacja: 2 ODH ,, SZARPIE''
Hufiec:
Chorągiew:

Post autor: Orli Galaz » 12 paź 2011, 11:05

Co za piękna ,typowo polska,dla wszystkich zrozumiała,odwołująca się do tradycji, niezwykle pouczająca i jakże mało prowincjonalna a oczywiście w żadnym wypadku nie posiadająca najmniejszego choćby związku z typowo polaczkowym poczuciem niższej wartości,nazwa. Jestem dla niej pełen niekłamanego podziwu graniczącego z utratą zmysłów a wstrząs wywołany ogromem jej przekazu naprawdę powala na kolana, szczególnie po zakończonej zabawie w naszej remizie gdzie właśnie nowe grono wyznawców zdobywa sobie nasz ukochany diskopolowy ,,bojs bend'' piosenką pt ''Kornishony z Barcelony'' .W przyszłości nazwa tej wędrówki, z pewnością zdobędzie wielu zwolenników brzmiąc równie nieobciachowo jak dzisiaj, dajmy na to taki ,,Big bit''.Reszta jest w porządku.
Ostatnio zmieniony 12 paź 2011, 11:54 przez Orli Galaz, łącznie zmieniany 1 raz.

Folko
Nowicjusz
Posty: 30
Rejestracja: 17 cze 2009, 21:35
Lokalizacja: 66 Drużyna Harcerska
Hufiec:
Chorągiew:
Kontakt:

Post autor: Folko » 12 paź 2011, 12:29

Druhu,

całkowicie rozumiem, że nazwa może się wydawać nieprzystająca do... no właśnie - do czego.

Można nazwać marsz "100km na 100-lecie harcerstwa" - i jest patetycznie i pięknie. Jest symbolicznie, aż serca rosną.
Pięknie prawda? I oto otrzymaliśmy nazwę, z którą młodzież się nie identyfikuje :)
Harcerstwo jest ruchem dla młodzieży, i to właśnie językiem młodzieży powinno przemawiać jeśli ta młodzież ma przyciągać. Uznawałem to za oczywiste, choć mogę tkwić w błędzie.

Wracając do meritum, harcerz jeden z drugim powie w szkole, że był na marszu hardkora (lub "jestem hardkorem!" - nawiązując do popularnego swego czesu filmu na youtube), i jest i wesoło i intrygująco. Nazwa jest młodzieżowa, bo marsz dedykowany jest młodzieży, nie zaś wpisaniu go pod pięknym tytułem do kroniki hufca/chorągwi/GK (niepotrzebne skreślić).

A teraz po kolei:
"typowo polska" - nazwa nie jest typowo polska druhu... Na marginesie, kiedy w pewnej szkole powiedziałem, że ma drużyna nosi imię BP, dyrektor stwierdził, że to nie wypada bo nie polskie...
"dla wszystkich zrozumiała" - jeśli czegoś nie rozumiem, to pytam.
"odwołująca się do tradycji" - nazwa nie odwołuje się do tradycji. Jeśli wszystkie wydarzenia planowane przez druha nazywają się w sposób nawiązujący do tradycji, to gratuluję.
"w związku z polaczkowym poczuciem niższej wartości" - nie będę wdawał się z tym w polemikę, bo wyjdę na trolla.
"mało prowincjonalna" - a coż w tej nazwie prowincjonalnego druhu? Do jakiej to prowincji się ona odnosi ;)

Dziękuję natomiast, że reszta okazała się w porządku ;)
This world is made of LOVE & PEACE : VtS
66 Harcerska Drużyna Obronna "KaTet"
im. gen. Roberta Baden Powella

www.katet.pl

Orli Galaz
Nowicjusz
Posty: 43
Rejestracja: 27 wrz 2007, 17:52
Lokalizacja: 2 ODH ,, SZARPIE''
Hufiec:
Chorągiew:

Post autor: Orli Galaz » 12 paź 2011, 14:04

Po prostu, jestem zbyt dumny by pozwalać sobie na skundlenie języka w którym się wychowałem,a być może też dlatego że mieszkam (tymczasowo) w kraju gdzie twórców się ceni, a z bezkrytycznych naśladowców (co wg mnie zrozumiałe) się śmieje i ich lekceważy. A i Rej z jego wierszem o gęsiach jest mi bliższy niż wszystkie Twego typu,druhu filmiki na You Tubie. Choć dla waszego przedsięwzięcia,że powtórzę, jestem pełen podziwu i uznania to zdania w tej materii chyba jednak nie zmienię. Czuwaj!
Ostatnio zmieniony 12 paź 2011, 14:28 przez Orli Galaz, łącznie zmieniany 1 raz.

sikor
Stały bywalec
Posty: 3461
Rejestracja: 13 sty 2004, 17:56
imię i nazwisko: Janusz Sikorski
stopień instruktorski: hm
stopień harcerski: HR
Lokalizacja: Polska
Hufiec: Ziemi Tyskiej
Chorągiew: Śląska
organizacja: ZHP
Kontakt:

Post autor: sikor » 12 paź 2011, 20:20

Orli Galaz pisze:...filmiki na You Tubie. ...
Faktycznie to skundlenie języka ...
hm. Janusz Sikorski HR
Redaktor Naczelny czasopisma "Harcerz Rzeczypospolitej"
lesni.pl hr.bci.pl
Przewodniczący ŚKPW

Orli Galaz
Nowicjusz
Posty: 43
Rejestracja: 27 wrz 2007, 17:52
Lokalizacja: 2 ODH ,, SZARPIE''
Hufiec:
Chorągiew:

Post autor: Orli Galaz » 13 paź 2011, 09:49

Nie większe niż Szekspir, Waszyngton czy Szopen szanowny druhu o imieniu z małej litery

sikor
Stały bywalec
Posty: 3461
Rejestracja: 13 sty 2004, 17:56
imię i nazwisko: Janusz Sikorski
stopień instruktorski: hm
stopień harcerski: HR
Lokalizacja: Polska
Hufiec: Ziemi Tyskiej
Chorągiew: Śląska
organizacja: ZHP
Kontakt:

Post autor: sikor » 13 paź 2011, 13:22

Imię me pisane jest z wielkiej litery. Zdaje się, że mowa jest o pseudonimie zwanym również nickiem.
I tenże jest pisany z małej litery ze względu na wiele określonych powodów, które są znane wielu ludziom lecz nie muszą być znane wszystkim. Czy takie wyjaśnienie Ci wystarcza mój, jakże elokwentny Adwersarzu ?
Jeśli porównujemy do pisowni nazwisk, tych jakże zacnych osób, to powinniśmy raczej użyć formy typu: Jutubie :p
hm. Janusz Sikorski HR
Redaktor Naczelny czasopisma "Harcerz Rzeczypospolitej"
lesni.pl hr.bci.pl
Przewodniczący ŚKPW

Orli Galaz
Nowicjusz
Posty: 43
Rejestracja: 27 wrz 2007, 17:52
Lokalizacja: 2 ODH ,, SZARPIE''
Hufiec:
Chorągiew:

Post autor: Orli Galaz » 13 paź 2011, 23:33

Oczywiście!,Dziękuję. Ale najważniejsze że rozmowa ciekawą jest.

Zablokowany
nowoczesne kuchnie warszawa

Wróć do „Harcerskie ideały”